Więzienie na życzenie? Już nie!

Dlaczego więzienie? Bo otyłość to klatka skrojona dla umysłu i ciała, klatka którą stworzyłam sobie sama. Nic nie dały wysiłki rodziców, wizyty u najlepszych lekarzy, całkiem zwykłe i niezwykle wyszukane diety oraz najnowsze wynalazki. Zawsze chudłam i zaraz potem tyłam jeszcze bardziej. Zapału wystarczało na pierwszy miesiąc. Dlaczego? Standardowe siadanie na laurach, bo przecież schudłam 8 kilogramów to mogę sobie odpuścić, imprezy, wakacje, wyjazdy. Właściwie każda wymówka była dobra. Otoczenie też nie przychodziło z pomocą. Zawsze byłam akceptowana, lubiana, wybierana do samorządów klasowych, do zarządów organizacji młodzieżowych. Na palcach jednej ręki mogę wyliczyć sytuacje wytykania mojej tuszy. Po studiach nie pomógł również tryb pracy korporacyjnej, czyli: siedzenie przez 10 godzin za biurkiem, dużo stresu, dwa posiłki dziennie (ten drugi smakuje oczywiście najlepiej o 22:00, ale musi być tłusty i szybki do odgrzania) oraz wszechobecne przekąski…i nie mówię tutaj o słupkach marchewki z humusem. I tak przez 12 lat i co najmniej 40 kilogramów więcej, z czego ostatnich 15 wrzuconych zupełnie niepostrzeżenie w rok. Ale dobre samopoczucie mnie nie opuszczało, czasami jedynie burzone przez brak możliwości kupienia jakiegoś ciucha lub zadyszką po wejściu na 2 piętro. Cały czas uprawiałam sporty: narty, żeglarstwo, pływanie.

Sielanka nie mogła jednak trwać wiecznie. Na zeszłorocznym sylwestrowym wypadzie w góry z wielkim trudem zapięłam się w kurtkę narciarską… Największą kurtkę jaką dostałam w sklepie sportowym. Zapaliło mi się pomarańczowe światło. Zaraz potem doszedł poważny problem ze zdrowiem i światło natychmiast zmieniło się na czerwone. Za bardzo jestem ciekawa co się w życiu jeszcze wydarzy, żeby zakończyć je w wieku 35 lat! I co dalej z tą świadomością? Postanowienie zmiany! No dobra, ale jak? Z perspektywy czasu wiem, że kluczową sprawą okazała się możliwość zmiany pracy i przejście na własną działalność. Kolejny krok to decyzja podjęta w dniu 35 urodzin o wyeliminowaniu słodyczy i wykupieniu karnetu na siłownię. Tym sposobem znalazłam się w Holmes Place, a potem sprawy toczyły się lawinowo. Telefon od Ady z zaproszeniem na trening wprowadzający. Na umówione spotkanie poszłam z przekonaniem, że ktoś pokaże mi przyrządy, objaśni co się na nich robi żeby się nie zabić, z czego pewnie nie zapamiętam nawet połowy. A tu niespodzianka. Milion różnych pytań o stan zdrowia, nawyki żywieniowe, tryb życia, aktywność sportową (w mojej karcie nadal wielkimi literami jest napisane: ROWER – NIE!). Z każdą odpowiedzią zdawałam sobie sprawę w jaki kozi róg się zapędziłam i że samodzielnie z niego się nie wydostanę. Ada klarowała, pokazywała błędy, rozpisywała diety na kartce złożone z 5(sic!) posiłków, rysowała wykresy, zapytała też o mój cel i czas w jakim chciałabym go osiągnąć. Zdałam sobie sprawę, że tym razem to moja decyzja, nie mich rodziców, nie lekarzy czy trenerów. To cel, którego realizacja jest zależna tylko ode mnie. „Teraz albo nigdy” kołatało mi się w głowie, zaraz po myśli, że z Adą albo z nikim innym. Zdobyła moje bezgraniczne zaufanie swoją wiedzą, pozytywną aurą i niesamowitą energią. Miałam przeczucie, że ma dla mnie dobry plan i ułożoną drogę do jego realizacji. Mogę też powiedzieć o „chemii”, którą się wyczuwa już podczas pierwszego spotkania… była!

Pod czujnym okiem Ady rozpoczęły się treningi, spisywanie tego co jem, liczenie kalorii, przeróżne konfiguracje posiłków, kombinowanie z łączeniem składników, no i pierwsze ważenie… Byłam przekonana, że waga wskaże 130 kg – wskazała 144. Szok jeszcze bardziej zmotywował do pracy nad sobą. Byłam przekonana, że najtrudniej będzie mi zrezygnować ze słodyczy, więc postanowiłam, że przez pierwszy miesiąc diety nie zjem absolutnie nic słodkiego. Kolejny miesiąc bez słodyczy umożliwił wielki post. Jestem chrześcijanką i takiego postanowienia nie mogłam złamać. Na marcowy wypad na narty pojechałam lżejsza o 15 kilogramów. Bez problemu zmieściłam się w strój narciarski, a kurtka okazała się nawet trochę za luźna. To dodało skrzydeł, a cel wydał się możliwy do realizacji…miałam tego namacalne dowody. Pracowałyśmy z Adą dalej. Przekonywałam się, że praca trenera personalnego to nie tylko układanie treningów i diety, to ciągłe zaangażowanie i wsparcie, wymyślanie coraz to nowszych zestawów ćwiczeń, przekraczanie granic, które jeszcze kilka dni czy tygodni wcześniej były nie do przeskoczenia. Na każdy trening cieszyłam się jak dziecko. Oprócz oczywistego wysiłku fizycznego miałam po prostu radochę z czasu, który dawał mnóstwo energii na cały dzień. Oczywiście nie obyło się bez upadków i właśnie wtedy motywacja ze strony trenera jest na wagę złota. Dobrze też robi ciężki trening po którym z trudem przebierasz się w szatni ;D Z treningu na trening obserwowałam jak zwiększają się moje możliwości: więcej powtórzeń, większe ciężary, dalsze i szybsze dystanse na bieżni, krótsze przerwy między seriami. W szafie też rewolucja, wymiana dokładnie wszystkiego – od bielizny do kurtek.

Dzisiaj mija dokładnie rok od pierwszego treningu z Adą. Wynik? 48 kilogramów i 7 rozmiarów mniej, mnóstwo energii. Pieniny zdobyte bez większej zadyszki. Co przede mną? Kolejnych 20 kilogramów w dół. I wiecie co? W wakacje wybieram się do Kopenhagi, którą zamierzam zwiedzać na rowerze.